odciąga mnie to wszystko od światła. może w ferworze przygotowań do kolokwium, spadł mi cukier, bo miałam ochotę wziąć torbę i się spakować. a może wszystko to dlatego, że spóźniłam się dziś na ważne dla mnie spotkanie. nie dość, że zmarzłam, to jeszcze jak pajac, z linii prostej skręciłam w lewo, ostentacyjnie.. może inni nie widzieli, ale chyba ktoś zauważył. no i po powrocie, padłam na łóżko, sięgnęłam po komórkę, ale nawet nie drgnęła. czyli, że jednak nikt nie zauważył. już myślałam, że się faktycznie spakuje, ale siadłam do notatek, zjadłam pieczone ziemniaki, wypiłam herbatę, dokonałam kilka przelewów, puściłam kilka maili.. przeszło, ale na jak długo.
o dwa słowa za dużo.. chyba przesadziłam.. z tym demonem.. a na pewno z tym południa.
`Na ulicy Słowiczej, na ulicy zmyślonej
nie ma wcale kamienic, tylko same balkony.
Pozawieszał je niegdyś na pozornych zawiasach
obłąkany architekt, który nie żył w tych czasach.
poniedziałek, 29 listopada 2010
piątek, 26 listopada 2010
jak to w bajkach bywa.
było sobie raz pewne królestwo. piękny zamek na wzgórzu n. jak to w bajkach bywa, żył w nim piękny, mądry, odważny, zacny etc. książę. brakowało mu tylko jednego, i znowu, jak to w bajkach bywa.. tak, brakowało pięknej, mądrej, odważnej, zacnej żony. za namową dostojników dworskich, wyprawił bal dla wszystkich wolnych panien w okolicy. rzecz jasna - zjechały się prawie wszystkie dziewczęta. wśród tych próżnych, wyuczonych, pięknych i w kolorowych sukniach, musiała się znaleźć, jak to w bajkach bywa- ta biedna z sercem tak wielkim jak ocean spokojny- razy dwa. książę każdej pannie podarował w prezencie ziarenko pewnego kwiatu i poprosił, aby za rok wszystkie pojawiły się z donicami pięknie wyhodowanej rośliny. nasz 'kopciuszek', uradowany podreptał do domu i z czułą troską zaplanował cykl uprawy kwiecia. mijały dni, tygodnie, miesiące, minął rok. mimo ciągłej pielęgnacji, nieustannego wyplewiania nowo-powstałych chwastów, w donicy nie pojawiło się nic. biedaczka nawet płakała rzewnymi łzami. ale jak to w bajkach bywa, postanowiła zabrać donice i popatrzeć tylko z daleka, jak książę wybierze najcudowniejszy okaz. wyżej wspomniane panny przyjechały - co jedna, to z bardziej wymyślnym kwieciem. ku zaskoczeniu wszystkim, jak to bywa w bajkach [przypadek?] książę podchodzi do owej biedaczki i oświadcza, że kazał wysterylizować nasiona, tak aby nie wykiełkowały. teraz wiedział, kto go nie oszukał i kto całe serce w starania nad uprawą. oczywiście chwile po tym para wzięła ślub. czy żyli długo i szczęśliwie?? nie mam pojęcia - trzeba by było znaleźć całe to księstwo. ale to już inna bajka.
gdzie skarb twój, tam serce twoje. gdy już się wydawało, że nadzieja umarła... do akcji wkroczył on. cieszę się. oby tylko nie dopadł mnie demon południa.
zmiany.
gdzie skarb twój, tam serce twoje. gdy już się wydawało, że nadzieja umarła... do akcji wkroczył on. cieszę się. oby tylko nie dopadł mnie demon południa.
zmiany.
sobota, 20 listopada 2010
krzywa gaussa.
podczas czytania, zalecane słuchanie:
jestem. od czerwca. z perspektywy czasu nie mam najmniejszego pojęcia, czy to była najlepsza decyzja na ówczesny czas. pytań bezlik, ale nigdy nie dowiem się prawdy. udowodnione jest, z punktu biologicznego, psychologicznego i jakiego tam chcecie, że najwięcej jest ludzi po prostu przeciętnych. krzywa właśnie osiąga szczytową wielkość nad przeciętnością, bo przecież mało zostało ludzi inteligentnych - nie mylić z pojęciem indywidualnych - takich jest już cała masa [czyli dochodzimy znów do przeciętności]. ale krzywa ma to do tego, że lubi być zmienna.
nikt chyba nie chce być przeciętnym- przynajmniej ja tak mam. moje poranione myślenie nie ratuję nawet logika, która jasno i wyraźnie pochwala postawę przeciętności. z drugiej strony historia nie raz pokazała, że postawy skrajności doprowadziły do rozłamu i degradacji istoty ludzkiej [to jednak wyższa filozofia, w którą nie czas się zagłębiać]. wsłuchuję się nadal we wnętrze, słyszę nieubłagany krzyk bycia lepszym, dostrzeganym. i łapię się na tym, że człowiek jest z natury słaby, niezdolny, aby sam osiągnąć doskonałość, w różnej postaci, bo szczęście jest wymiarem nieskończonym oraz dla każdego z osobna - czymś innym. dziwie się sobie. po co mi skrajność na pięć minut? czy jestem aż tak próżna, czy aż tak nieszczęśliwa. co by było gdyby..
jestem od czerwca. mogłam być w krk, z kimś, gdzieś, kiedyś. czy było by lepiej.(?) `trawa jest zawsze zielona tam gdzie nas nie ma. dzięki temu, tamtemu, owemu zawijasowi wylądowałam tu. poznałam tylu różnych ludzi. gdyby mnie nie było, nie wiedziała bym, czym jest uczucie porannego, odbijającego się słońca w przeciwsłonecznych okularach, a jesienią dreszcze w oczekiwaniu na autobus. nie znała drogi na jedenaste, uczelnie oraz w jeszcze w kilka miejsc, smaku wielkopolskiej herbaty. nie miała pojęcia o odpowiedzialności, czy uczuciu bezradności w chwili, kiedy "możesz wszystko", a nie możesz niczego. a jednak tu jestem. jaki jest sens, nawet z biologicznego punktu widzenia, zastanawianie się, co by było gdyby.. a może spotkała mnie najlepsza opcja ze wszystkich możliwych. i tak mogę gdybać do samego rana, i tak się nie dowiem.
wczoraj był gniew, dziś już tylko zmęczenie, bo mogę się zgiąć, poryczeć, wyć, a i tak nic nie urobię. gdy myślę "ja to mam zawsze pod górkę", zaraz na horyzoncie pojawia się brzydula ula, na którą nikt nigdy nie spojrzy. w starych, wieśniackich spodniach, z napakowanym plecakiem oraz z kulą, żeby było zabawniej. i idzie, w oczach tego świata postrzegana, jako sierota życiowa - idzie, to za dużo powiedziane, ona się wlecze.. z podniesionym czołem i uśmiechem na twarzy. nieudawanym. widać jak na dłoni, że ma za co dziękować. każdy narzeka, ale zawsze są wyjątki od reguły. nie ugryzę się w język, ale czuje się jak szmata.
do tego jeszcze wrócę w momencie, kiedy ochłonę.
to przedsmak nowej szaty graficznej, bo jeśli czas na zmiany, to zostaje iść w myśl porzekadła : `co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj.
jestem. od czerwca. z perspektywy czasu nie mam najmniejszego pojęcia, czy to była najlepsza decyzja na ówczesny czas. pytań bezlik, ale nigdy nie dowiem się prawdy. udowodnione jest, z punktu biologicznego, psychologicznego i jakiego tam chcecie, że najwięcej jest ludzi po prostu przeciętnych. krzywa właśnie osiąga szczytową wielkość nad przeciętnością, bo przecież mało zostało ludzi inteligentnych - nie mylić z pojęciem indywidualnych - takich jest już cała masa [czyli dochodzimy znów do przeciętności]. ale krzywa ma to do tego, że lubi być zmienna.
nikt chyba nie chce być przeciętnym- przynajmniej ja tak mam. moje poranione myślenie nie ratuję nawet logika, która jasno i wyraźnie pochwala postawę przeciętności. z drugiej strony historia nie raz pokazała, że postawy skrajności doprowadziły do rozłamu i degradacji istoty ludzkiej [to jednak wyższa filozofia, w którą nie czas się zagłębiać]. wsłuchuję się nadal we wnętrze, słyszę nieubłagany krzyk bycia lepszym, dostrzeganym. i łapię się na tym, że człowiek jest z natury słaby, niezdolny, aby sam osiągnąć doskonałość, w różnej postaci, bo szczęście jest wymiarem nieskończonym oraz dla każdego z osobna - czymś innym. dziwie się sobie. po co mi skrajność na pięć minut? czy jestem aż tak próżna, czy aż tak nieszczęśliwa. co by było gdyby..
jestem od czerwca. mogłam być w krk, z kimś, gdzieś, kiedyś. czy było by lepiej.(?) `trawa jest zawsze zielona tam gdzie nas nie ma. dzięki temu, tamtemu, owemu zawijasowi wylądowałam tu. poznałam tylu różnych ludzi. gdyby mnie nie było, nie wiedziała bym, czym jest uczucie porannego, odbijającego się słońca w przeciwsłonecznych okularach, a jesienią dreszcze w oczekiwaniu na autobus. nie znała drogi na jedenaste, uczelnie oraz w jeszcze w kilka miejsc, smaku wielkopolskiej herbaty. nie miała pojęcia o odpowiedzialności, czy uczuciu bezradności w chwili, kiedy "możesz wszystko", a nie możesz niczego. a jednak tu jestem. jaki jest sens, nawet z biologicznego punktu widzenia, zastanawianie się, co by było gdyby.. a może spotkała mnie najlepsza opcja ze wszystkich możliwych. i tak mogę gdybać do samego rana, i tak się nie dowiem.
wczoraj był gniew, dziś już tylko zmęczenie, bo mogę się zgiąć, poryczeć, wyć, a i tak nic nie urobię. gdy myślę "ja to mam zawsze pod górkę", zaraz na horyzoncie pojawia się brzydula ula, na którą nikt nigdy nie spojrzy. w starych, wieśniackich spodniach, z napakowanym plecakiem oraz z kulą, żeby było zabawniej. i idzie, w oczach tego świata postrzegana, jako sierota życiowa - idzie, to za dużo powiedziane, ona się wlecze.. z podniesionym czołem i uśmiechem na twarzy. nieudawanym. widać jak na dłoni, że ma za co dziękować. każdy narzeka, ale zawsze są wyjątki od reguły. nie ugryzę się w język, ale czuje się jak szmata.
do tego jeszcze wrócę w momencie, kiedy ochłonę.
to przedsmak nowej szaty graficznej, bo jeśli czas na zmiany, to zostaje iść w myśl porzekadła : `co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj.
wtorek, 16 listopada 2010
momencik.
pomysłowość człowieka nie zna granic.. szata graficzna w przygotowaniu. czasem i mnie potrzeba zmian.
wtorek, 9 listopada 2010
nawet, dziś (,) nie.
dziś nie było nawet tak zimno. nawet jeszcze tak długo dziś nie czekałam na autobus. a co najlepsze wolno tak dziś nawet nie jechałam. na przystanku wraz z grupką studentów, ludzi starszych i nieco trochę stała [jak to mówią w posen] wuchta dzieci w wieku wczesnoszkolnym. nie dało się jej nie zauważyć. choć melodia rozbrzmiewała w słuchawkach, przedzierał się niemały gwar maluchów. Sfrustrowana pani nauczycielka, próbowała gdzieniegdzie przywołać gawiedź do porządku, ale jak się okazało z małym skutkiem. grupka chłopców z nieodpartą zaciętością walczyło o miejsce siedzące, bardziej dojrzałe dziewczynki wykorzystywały hamowanie pojazdu, aby całkiem przypadkiem wpaść w ramiona kolegi obok [ choć częstotliwością z niespełna dwóch minut było lekką przesadą],ambitniejsi klasy rysowali na szybie, która zdążyła szybko zaparować, kratkę do gry w kółko i krzyżyk. gwarny, wesoły autobus jechał. nieco starsi kiwali pogardliwie głowami, starsi, przyglądali się bezradnemu ciału pedagogicznemu, a studenci uśmiechali się z niemałą wyższością, choć przed chwilą sami wyskoczyli ze śpioszków z myszką miki (albo z panną migotką). co przystanek raczej ktoś wchodził niż wychodził. i było by to trwało w nieskończoność, ale szczęściem trafiliśmy pod szkołę. już prawie wychodzą, prawie wyszli, ktoś jeszcze wbiegł, bo zostawił worek i butelkę koli między siedzeniami, wsiadł znowu ktoś - oparł się o szybę i zupełnie nie mając pojęcia co tu się działo jeszcze minutę temu, bezprecedensowo wytarł paltotem artyzm młodego pokolenia. bo w autobusie, jak w życiu..
szkolenie w pracy na plus, ale wyssało ze mnie moc energii.
szkolenie w pracy na plus, ale wyssało ze mnie moc energii.
niedziela, 7 listopada 2010
zaskakująco-niespodziewane.
`is this love.
uleciała, uciekła szybko, jakby się gdzieś spieszyła..niedziela. optymistyczna i łaskawa dziś dla mnie, zupełnie jak nigdy. ciekawe doznania, cenne, niechciane, wyczekiwane, zaskakujące i zaskakująco-niespodziewane, a także niedokończone rozmowy.
sny znowu namieszały tak, że lepiej pozostawić to ciszy, która może uniesie je gdzieś daleko, ku górze, komuś.. nigdy nie spodziewałam się, że tak bardzo będę odczuwała łączność z kimś, kogo nie znam osobiście, ale mam wrażenie, że wiem wszystko o niej, a nawet więcej niż ona sama o sobie. mieszane uczucia nieumiejętnie składam w kostkę i chowam do szuflady wraz z resztą pewnych 'kwestii' - nie chowam głęboko, aby zmierzyć się z nimi jutro. dziś nie psujmy niedzieli. jeszcze jest dla nas łaskawa.
dobra lektura, unoszący się w górze aromat kawy i tabliczka gorzkiej czekolady nie zawiodły mnie i dziś. do tego ukochana strona, a mianowicie `miasto muzyki - dziś rmf_love dopełniły uroku. tydzień udanie rozpoczęty, a to podstawa, żeby mieć dobre wejście.
uleciała, uciekła szybko, jakby się gdzieś spieszyła..niedziela. optymistyczna i łaskawa dziś dla mnie, zupełnie jak nigdy. ciekawe doznania, cenne, niechciane, wyczekiwane, zaskakujące i zaskakująco-niespodziewane, a także niedokończone rozmowy.
sny znowu namieszały tak, że lepiej pozostawić to ciszy, która może uniesie je gdzieś daleko, ku górze, komuś.. nigdy nie spodziewałam się, że tak bardzo będę odczuwała łączność z kimś, kogo nie znam osobiście, ale mam wrażenie, że wiem wszystko o niej, a nawet więcej niż ona sama o sobie. mieszane uczucia nieumiejętnie składam w kostkę i chowam do szuflady wraz z resztą pewnych 'kwestii' - nie chowam głęboko, aby zmierzyć się z nimi jutro. dziś nie psujmy niedzieli. jeszcze jest dla nas łaskawa.
dobra lektura, unoszący się w górze aromat kawy i tabliczka gorzkiej czekolady nie zawiodły mnie i dziś. do tego ukochana strona, a mianowicie `miasto muzyki - dziś rmf_love dopełniły uroku. tydzień udanie rozpoczęty, a to podstawa, żeby mieć dobre wejście.
sobota, 6 listopada 2010
w jesieni.
`You give me butterflies
And that's the reason why I'm so shy
You know I can't deny
I wanna taste your lips
And that's my only alibi
Take me places no one knows
All alone in cognito,
Get there fast and take it slow
Make me say boy I want more.
po godzinnym błogostanie, a mianowicie po obejrzeniu prezentacji, którą stworzyłam w dwa dni przed przeniesieniem się do posen, postanawiam zebrać myśli i stworzyć kolejną notatkę. przedłużam swój czas. za chwilę niedziela. jedyny wolny dzień, a pewnie zostanie on przeznaczony na powtórkę z biomedyki, a może nie.. w zapasie, kilka ciekawych lektur plus kawa z dodatkiem ulubionej gorzkiej czekolady - suma: udane przedpołudnie.. mam tylko nadzieję, że próżność nie zawiśnie nad nami, bo tylko dopóki walczę, jestem zwycięzcą.
początek listopada zapowiadał się ciężko, z wielu względów. pomijając weekendowo, jedenaste. tkwi jednak we mnie wiara, że Pan zapanuje nad moją zazdrością, pychą i jej siostrą próżnością.. próżności boję się najbardziej.. z radością jednak stwierdzę, że ktoś nie brzydzi się moją słabością.
choć jesienna słota okrywa opłotki tej płaskiej wielkopolskiej rzeczywistości, w nozdrza uderza zapach pierwszego śniegu, choć pogoda nie najgorsza i nie zapowiada się na rychłe zmiany. sentymentalnie - jak najbardziej. zaczynam dostrzegać, jak ważną rolę może odgrywać nasza wrażliwość, choć wole uchodzić w oczach tego świata za największego kozaka. pytanie tylko po co..
biegła ścieżką, zerwała jabłko... kolejny zwariowany sen.. a może sen z przesłaniem.
muszę to wyjaśnić.
you give me butterflies.
p.s będziemy ciociami (z uśmiechem)
And that's the reason why I'm so shy
You know I can't deny
I wanna taste your lips
And that's my only alibi
Take me places no one knows
All alone in cognito,
Get there fast and take it slow
Make me say boy I want more.
po godzinnym błogostanie, a mianowicie po obejrzeniu prezentacji, którą stworzyłam w dwa dni przed przeniesieniem się do posen, postanawiam zebrać myśli i stworzyć kolejną notatkę. przedłużam swój czas. za chwilę niedziela. jedyny wolny dzień, a pewnie zostanie on przeznaczony na powtórkę z biomedyki, a może nie.. w zapasie, kilka ciekawych lektur plus kawa z dodatkiem ulubionej gorzkiej czekolady - suma: udane przedpołudnie.. mam tylko nadzieję, że próżność nie zawiśnie nad nami, bo tylko dopóki walczę, jestem zwycięzcą.
początek listopada zapowiadał się ciężko, z wielu względów. pomijając weekendowo, jedenaste. tkwi jednak we mnie wiara, że Pan zapanuje nad moją zazdrością, pychą i jej siostrą próżnością.. próżności boję się najbardziej.. z radością jednak stwierdzę, że ktoś nie brzydzi się moją słabością.
choć jesienna słota okrywa opłotki tej płaskiej wielkopolskiej rzeczywistości, w nozdrza uderza zapach pierwszego śniegu, choć pogoda nie najgorsza i nie zapowiada się na rychłe zmiany. sentymentalnie - jak najbardziej. zaczynam dostrzegać, jak ważną rolę może odgrywać nasza wrażliwość, choć wole uchodzić w oczach tego świata za największego kozaka. pytanie tylko po co..
biegła ścieżką, zerwała jabłko... kolejny zwariowany sen.. a może sen z przesłaniem.
muszę to wyjaśnić.
you give me butterflies.
p.s będziemy ciociami (z uśmiechem)
poniedziałek, 1 listopada 2010
taka_dun_dun_dun.
przerwa, którą zaplanowałam miała trwać długo. w zamyśle, jak najbardziej, ale życie robi swoje.. na prośbę drogich mi górali, kontynuacja trwa. początkiem do całości, a raczej kwintesencją niech będzie takdundundun - czymś czym zachwycam się sekunda po sekundzie.
ponownie w posen. dwa dni w górach św. były przepełnione magią i zapachem świeżych rumianków, choć jest początek listopada.zdecydowanie: za szybko minęło.
właściwie od końca poprzedniego tygodnia dzieją się różne dziwne rzeczy w moim życiu. wariacki pomysł z wyjazdem do puław. z pewnością - nie żałuję. jak już wcześniej napisałam: byłam w niebie.. ale tego nieba z przykrością nie uwzględnię na tej stronie, bo te doświadczenia są bardzo mocno zakorzenione w sercu.
czy niebo było w górach? właściwie nie da się tego zmierzyć w takiej kategorii, ale łzy który poleciały w momencie zamykania drzwi domu rodzinnego niech będą dowodem, że pobyt tam miał niebiańskie podłoże. gorzej jest teraz. ściska za gardło i nie chce puścić..
dziękuje za aniołka, kubusia, krówki, wiesze, każdy gest, uścisk, uśmiech..
zatopiona w refleksje i zadumę dzisiejszego święta... zamyślona nad sensem i jego brakiem, nad życiem.. i nad tym, co jeszcze można zrobić, dać lub poświęcić, żeby jeszcze chwilkę pooddychać górskim powietrzem..
ponownie w posen. dwa dni w górach św. były przepełnione magią i zapachem świeżych rumianków, choć jest początek listopada.zdecydowanie: za szybko minęło.
właściwie od końca poprzedniego tygodnia dzieją się różne dziwne rzeczy w moim życiu. wariacki pomysł z wyjazdem do puław. z pewnością - nie żałuję. jak już wcześniej napisałam: byłam w niebie.. ale tego nieba z przykrością nie uwzględnię na tej stronie, bo te doświadczenia są bardzo mocno zakorzenione w sercu.
czy niebo było w górach? właściwie nie da się tego zmierzyć w takiej kategorii, ale łzy który poleciały w momencie zamykania drzwi domu rodzinnego niech będą dowodem, że pobyt tam miał niebiańskie podłoże. gorzej jest teraz. ściska za gardło i nie chce puścić..
dziękuje za aniołka, kubusia, krówki, wiesze, każdy gest, uścisk, uśmiech..
zatopiona w refleksje i zadumę dzisiejszego święta... zamyślona nad sensem i jego brakiem, nad życiem.. i nad tym, co jeszcze można zrobić, dać lub poświęcić, żeby jeszcze chwilkę pooddychać górskim powietrzem..
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)