jakoś tak pusto, cicho i ponuro. pociesza mnie żółta kartka z własnoręcznie wykonanym kalendarzem, na którym skreślam kolorem zielonym [bo zielony, to kolor nadziei, jak powiadał swego czasu prof. doktor R.] dni do 19, w którym uda mi się wyrwać do domu, do moich górali ś. niebieskim zaznaczam dni na 'villowie' a w czerwonym serduszkiem zaznaczyłam dziesiątego, czyli radosny dzień pracującego człowieka. nie mam czasu, żeby porządnie zjeść, mam masakrycznie dużo zadań na 'villowo' - może to i lepiej, bo szybciej płynie czas. na jedenastym piętrze naszego apartamentowca, jakby trochę ciszej i spokojniej, ale syf jak był tak jest. pozytyw, że ktoś przyniósł ergleya do picia. oby przeżyć do piątku.
cudny zapach gór tatrzańskich dobiegł mnie o godzinie 20:13, a może bardziej gwar krupówkowej ulicy - ale to też dobre. trochę zazdroszczę, ale prawdą jest, że mamy takie wakacje, na jakie zapracujemy, a że ja mam takie jakie mam.. ale już niedługo chwila wytchnienia.
i tak wole góry świętokrzyskie.
[dziś bez wiersza - nie mam siły.]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz