może to i dobrze, że tak szybko leci czas. już prawie wtorek, a zaraz znów będzie sobota. zjazd zaliczam do udanych. śmiechem, piątką, barem mlecznym, siostrą a nawet i bratem, przedłużyłyśmy sobie życie o cztery dni, dwanaście godzin, trzydzieści sześć minut i dwie sekundy.
tak - piątek nie był lekki. jadąc autobusem kierunek: dom -> jedenaste, łzy cisnęły mi się na oczy. moment idealnie wyczuła mama. i choć powróciła równowaga, czarne chmury wisiały w powietrzu. cyNka zaleciła dwie tabliczki gorzkiej czekolady na dobranoc, więc dziś w przerwie z gigi zakupiłam "gorzką" z firmy na g. a propos g - nie miałam się nawet jak połączyć weekendowo z G. ale serdeczne dzięki za relację z piątku i zdjęcia na fb.
z nowości: mam pracę do maja - dnia siedemnastego, akuratnie niespecjalnie się cieszę, ale kichać na te moje 'humory'.
w domu mam zwierzyniec - istny. aha i poprawiłam sobie humor - pomalowałam paznokcie u nóg.. na fioletowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz