`jeden dzień w Twych przedsionkach Panie, jest mi droższe niż innych tysiące..
AUTENTYCZNIE BYŁAM W NIEBIE.
dajcie mi czas - do zgadania!
poniedziałek, 25 października 2010
czwartek, 21 października 2010
poniedziałek, 18 października 2010
humorowo i humorzaście.
może to i dobrze, że tak szybko leci czas. już prawie wtorek, a zaraz znów będzie sobota. zjazd zaliczam do udanych. śmiechem, piątką, barem mlecznym, siostrą a nawet i bratem, przedłużyłyśmy sobie życie o cztery dni, dwanaście godzin, trzydzieści sześć minut i dwie sekundy.
tak - piątek nie był lekki. jadąc autobusem kierunek: dom -> jedenaste, łzy cisnęły mi się na oczy. moment idealnie wyczuła mama. i choć powróciła równowaga, czarne chmury wisiały w powietrzu. cyNka zaleciła dwie tabliczki gorzkiej czekolady na dobranoc, więc dziś w przerwie z gigi zakupiłam "gorzką" z firmy na g. a propos g - nie miałam się nawet jak połączyć weekendowo z G. ale serdeczne dzięki za relację z piątku i zdjęcia na fb.
z nowości: mam pracę do maja - dnia siedemnastego, akuratnie niespecjalnie się cieszę, ale kichać na te moje 'humory'.
w domu mam zwierzyniec - istny. aha i poprawiłam sobie humor - pomalowałam paznokcie u nóg.. na fioletowo.
tak - piątek nie był lekki. jadąc autobusem kierunek: dom -> jedenaste, łzy cisnęły mi się na oczy. moment idealnie wyczuła mama. i choć powróciła równowaga, czarne chmury wisiały w powietrzu. cyNka zaleciła dwie tabliczki gorzkiej czekolady na dobranoc, więc dziś w przerwie z gigi zakupiłam "gorzką" z firmy na g. a propos g - nie miałam się nawet jak połączyć weekendowo z G. ale serdeczne dzięki za relację z piątku i zdjęcia na fb.
z nowości: mam pracę do maja - dnia siedemnastego, akuratnie niespecjalnie się cieszę, ale kichać na te moje 'humory'.
w domu mam zwierzyniec - istny. aha i poprawiłam sobie humor - pomalowałam paznokcie u nóg.. na fioletowo.
piątek, 15 października 2010
tytułu brak
jest obrzydliwie nieciekawie. brak mi siły na wszelki komentarz.. wiem jedno - trzymam się w kupie, bo weekendowo mam zjazd od rana do nocy.. cholera!!!
środa, 13 października 2010
zielonego światła brak.
`sen to zło nie ma złudzeń
sen ogarnął wszystkich ludzi
czarno wokół, miasto śpi
nikt nie może się obudzić
kot na dachu, szczur w kanale
księżyc kusi mundurki białe
zielonego światła brak
bloki czarne cień rzucają,
a z otwartych, ślepych okien jak łzy białe
lunatycy uciekają
Zakochani w sobie, wokół same lustra otaczają ich
nie widzą nic, nie słyszą nic, nic nie czują
połowa tygodnia za nami, a połowa jeszcze przed. nie mam siły ruszyć ręką, ale pewne osoby liczą jeszcze na mój odruch ludzkości. czekając na sorelle, postanowiłam napisać notatkę, żeby jak G. wróci ze zjazdu, miała co czytać. jak zwykle, o tej porze roku w uszach brzmi 'dżem' i 'red hoci'. w autobusie, dla odreagowania syfu z jedenastego, na full leci to drugie. mniejsza o to. każdy ma jakieś zajęcie. niektórym odbijają się w okularach niebiesko- zielone poświaty, od wyświetlaczy. inni czytają, a jeszcze inni tylko udają - bo nie wiem -czy my tacy ciekawi, czy taka ciekawa książka. należałoby spytać persony zgłębiającej lekturę..
wróżka na przystanku, przepowiedziała mi świetlaną przyszłość - mianowicie: muszę zadbać o siebie wizualnie, bo szykują się zmiany. za następujące wskazówki chciała pięć złotych, ale wystarczająco dużo już wiedziałam. tak więc szukam osobistej stylistki. jeżeli obchodzi cię mój los - proszę o kontakt. taka okzaja to jak szóstka w totka.
Wokół sami lunatycy...
sen ogarnął wszystkich ludzi
czarno wokół, miasto śpi
nikt nie może się obudzić
kot na dachu, szczur w kanale
księżyc kusi mundurki białe
zielonego światła brak
bloki czarne cień rzucają,
a z otwartych, ślepych okien jak łzy białe
lunatycy uciekają
Zakochani w sobie, wokół same lustra otaczają ich
nie widzą nic, nie słyszą nic, nic nie czują
połowa tygodnia za nami, a połowa jeszcze przed. nie mam siły ruszyć ręką, ale pewne osoby liczą jeszcze na mój odruch ludzkości. czekając na sorelle, postanowiłam napisać notatkę, żeby jak G. wróci ze zjazdu, miała co czytać. jak zwykle, o tej porze roku w uszach brzmi 'dżem' i 'red hoci'. w autobusie, dla odreagowania syfu z jedenastego, na full leci to drugie. mniejsza o to. każdy ma jakieś zajęcie. niektórym odbijają się w okularach niebiesko- zielone poświaty, od wyświetlaczy. inni czytają, a jeszcze inni tylko udają - bo nie wiem -czy my tacy ciekawi, czy taka ciekawa książka. należałoby spytać persony zgłębiającej lekturę..
wróżka na przystanku, przepowiedziała mi świetlaną przyszłość - mianowicie: muszę zadbać o siebie wizualnie, bo szykują się zmiany. za następujące wskazówki chciała pięć złotych, ale wystarczająco dużo już wiedziałam. tak więc szukam osobistej stylistki. jeżeli obchodzi cię mój los - proszę o kontakt. taka okzaja to jak szóstka w totka.
Wokół sami lunatycy...
poniedziałek, 11 października 2010
czasami się skrywam.
`sometimes I run, sometimes I hide, sometimes I'm scare of you..
tak okropnego poniedziałku chyba nie miałam od dawna. choć siłą rzeczy wstaję codziennie lewą nogą, a w przesądy zwykłam nie dawać wiary, coś jednak od rana wisiało nade mną w powietrzu, coś feralnego. napawa mnie nieodparta chęć cofnięcia zegara o kilka godzin wstecz, choć to takie głupie. może dobrze, ze się nie da, bo wszystko mogłoby potoczyć się się jeszcze gorzej. poza tym- nie miałabym siły jeszcze raz zmierzyć się z jedenastym. to wszystko jest takie dziwne. jutro przecież też jest dzień, szansa, że można coś naprawić, o ile wyrzuty sumienia nie zjedzą mnie do jutra rana. za chwilkę już wtorek. niesamowicie upływa mi czas. nie mam nawet jak przejrzeć notatek na zjazd, bo mój pięciu-przedmiotowy zeszyt poszedł w ruch, jako, ze skrupulatnie prowadzę zapiski. w myśl zasadzie, że ja też mogę kiedyś potrzebować notatek, dziele się wiedzą z innymi. rysuję też ostatnimi czasy. - może coś sprzedam? może prześle na cele charytatywne? tego nie wie nikt. aa i wymyślam nowe wzory motyli - czyli jestem w kulminacji tworzenia.
co do snów -zaczynam się o siebie martwić. to co zafundowałam sobie w nocy, a raczej moje fałdy mózgu, odpowiedzialne za stworzenie obrazów sennych, przechodzi moje najszczersze oczekiwania.
marzenie na dziś: dokończyć ten dzień w dobrym stylu. pchły na noc.
tak okropnego poniedziałku chyba nie miałam od dawna. choć siłą rzeczy wstaję codziennie lewą nogą, a w przesądy zwykłam nie dawać wiary, coś jednak od rana wisiało nade mną w powietrzu, coś feralnego. napawa mnie nieodparta chęć cofnięcia zegara o kilka godzin wstecz, choć to takie głupie. może dobrze, ze się nie da, bo wszystko mogłoby potoczyć się się jeszcze gorzej. poza tym- nie miałabym siły jeszcze raz zmierzyć się z jedenastym. to wszystko jest takie dziwne. jutro przecież też jest dzień, szansa, że można coś naprawić, o ile wyrzuty sumienia nie zjedzą mnie do jutra rana. za chwilkę już wtorek. niesamowicie upływa mi czas. nie mam nawet jak przejrzeć notatek na zjazd, bo mój pięciu-przedmiotowy zeszyt poszedł w ruch, jako, ze skrupulatnie prowadzę zapiski. w myśl zasadzie, że ja też mogę kiedyś potrzebować notatek, dziele się wiedzą z innymi. rysuję też ostatnimi czasy. - może coś sprzedam? może prześle na cele charytatywne? tego nie wie nikt. aa i wymyślam nowe wzory motyli - czyli jestem w kulminacji tworzenia.
co do snów -zaczynam się o siebie martwić. to co zafundowałam sobie w nocy, a raczej moje fałdy mózgu, odpowiedzialne za stworzenie obrazów sennych, przechodzi moje najszczersze oczekiwania.
marzenie na dziś: dokończyć ten dzień w dobrym stylu. pchły na noc.
niedziela, 10 października 2010
uwijmy sobie gniazdo wśród chmur.
Szybo..
Czy pamiętasz mnie?
Czy pamiętasz moje myśli?
Tamten dzień, mroźny dzień, właśnie ten..
Gwiazdko..
Co na szybie lśnisz
Dla mnie z dnia na dzień powstajesz,
Przyniósł Cię, przywiał mróz dla mnie, wiem..
przepraszająco, ale tak bywa, kiedy człowiek ma chwilkę wolnego od dwóch tygodni. praca, studia wypełniają szczeliny mojego życia - na pasję i przyjemności już nie starcza, a raczej brakuje siły. i to nostalgicznie wpędziło mnie w niedzielną depresję. a powinnam być zadowolona, bo mogłam w piątek podzielić się trochę swoim warsztatem. z poczucia bycia w stadzie, przechodzę w pragnienie sytości [ jem niesamowicie dużo, a w ogóle mi to nie wchodzi w różne partie ciała - istne szczęście]
`świerszczu co wśród trawy grasz,
czy pamiętasz te melodię?
którą grał, dla mnie grał lepiej.. nie.
proszę nie zapomnij mnie
choć fioletem wrzące słowa
skradłem Ci, teraz wiem, milczę.. więc
ostatnimi czasy przyoblekam się w różne pozycję społeczne : w tym tygodniu byłam już lekarzem, psychoterapeutką [ pierwsze praktyki już na pierwszym roku], sprzątaczką, znów terapeutką, tym razem od spraw sercowych. medyczne zagadki przyswajam wraz ze zgłębianiem powtórek dr. hausa, z niecierpliwością czekając na nowy sezon, który niebawem ma pojawić się w sieci. i chociaż mam wrażenie, ze znów marudzę z tego powodu i tak się cieszę, ze mogę jeszcze komuś pomóc. a marudzenie uznajmy, jako odezwa, że jeszcze nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania.
o czym to ja miałam dziś pisać? aha - mówiłam o niedzielnej depresji, miałam przeprosić, że się opuszczam z notatkami. no więc depresja spowodowana tym, że dziś w dużej mierze wysłuchałam słów Jana Pawła II - który jest moim największym autorytetem, i zawsze bije się w piersi, że tak mało pamiętam z tak ważnych mi słów. a dziś usłyszałam ponad to... z nostalgii, która stała się już elementem mojej rzeczywistości na obczyźnie, wyrwał mnie telefon od mamy. dostałam kilka mocnych disów, ale także bomb i tryskam energią od ucha do ucha. ten stan, jeśli utrzyma się do jutra rana będzie istnym cudem. zrobię flakon na kwiatki ze słoika po kawie, kilka motyli i jakoś to będzie.
za chwilę z pewnością udam się do jakiegoś specjalisty egzorcysty, bo moje sny stają się tak żywym odzwierciedleniem rzeczywistości, że na prawdę sprawia mi problem rozpoznanie jawy od mar nocnych. gdyby jednak prawdą była choć połowa z nich, skakałabym do nieba i jeszcze centymetr wyżej. właściwie zastanawiam się po co to wszystko? czy już nadszedł czas na zmiany, ważne decyzje, czy nadal mam chodzić nieokrzesana oraz nieogarnięta, dać się porwać zawirowaniu, choć tkwię w nim jak przysłowiowa mucha w kupie.
czytam mądrą książkę. trochę tęsknie za moimi sentymentami.
Spadnijmy w dół,
Objęci w pół,
Otuleni liściem
poprośmy wiatr, o ciszę zimą.
Spadnijmy w dół,
Objęci w pół,
Uwijmy sobie gniazdo wśród chmur,
Kochajmy się..
Czy pamiętasz mnie?
Czy pamiętasz moje myśli?
Tamten dzień, mroźny dzień, właśnie ten..
Gwiazdko..
Co na szybie lśnisz
Dla mnie z dnia na dzień powstajesz,
Przyniósł Cię, przywiał mróz dla mnie, wiem..
przepraszająco, ale tak bywa, kiedy człowiek ma chwilkę wolnego od dwóch tygodni. praca, studia wypełniają szczeliny mojego życia - na pasję i przyjemności już nie starcza, a raczej brakuje siły. i to nostalgicznie wpędziło mnie w niedzielną depresję. a powinnam być zadowolona, bo mogłam w piątek podzielić się trochę swoim warsztatem. z poczucia bycia w stadzie, przechodzę w pragnienie sytości [ jem niesamowicie dużo, a w ogóle mi to nie wchodzi w różne partie ciała - istne szczęście]
`świerszczu co wśród trawy grasz,
czy pamiętasz te melodię?
którą grał, dla mnie grał lepiej.. nie.
proszę nie zapomnij mnie
choć fioletem wrzące słowa
skradłem Ci, teraz wiem, milczę.. więc
ostatnimi czasy przyoblekam się w różne pozycję społeczne : w tym tygodniu byłam już lekarzem, psychoterapeutką [ pierwsze praktyki już na pierwszym roku], sprzątaczką, znów terapeutką, tym razem od spraw sercowych. medyczne zagadki przyswajam wraz ze zgłębianiem powtórek dr. hausa, z niecierpliwością czekając na nowy sezon, który niebawem ma pojawić się w sieci. i chociaż mam wrażenie, ze znów marudzę z tego powodu i tak się cieszę, ze mogę jeszcze komuś pomóc. a marudzenie uznajmy, jako odezwa, że jeszcze nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania.
o czym to ja miałam dziś pisać? aha - mówiłam o niedzielnej depresji, miałam przeprosić, że się opuszczam z notatkami. no więc depresja spowodowana tym, że dziś w dużej mierze wysłuchałam słów Jana Pawła II - który jest moim największym autorytetem, i zawsze bije się w piersi, że tak mało pamiętam z tak ważnych mi słów. a dziś usłyszałam ponad to... z nostalgii, która stała się już elementem mojej rzeczywistości na obczyźnie, wyrwał mnie telefon od mamy. dostałam kilka mocnych disów, ale także bomb i tryskam energią od ucha do ucha. ten stan, jeśli utrzyma się do jutra rana będzie istnym cudem. zrobię flakon na kwiatki ze słoika po kawie, kilka motyli i jakoś to będzie.
za chwilę z pewnością udam się do jakiegoś specjalisty egzorcysty, bo moje sny stają się tak żywym odzwierciedleniem rzeczywistości, że na prawdę sprawia mi problem rozpoznanie jawy od mar nocnych. gdyby jednak prawdą była choć połowa z nich, skakałabym do nieba i jeszcze centymetr wyżej. właściwie zastanawiam się po co to wszystko? czy już nadszedł czas na zmiany, ważne decyzje, czy nadal mam chodzić nieokrzesana oraz nieogarnięta, dać się porwać zawirowaniu, choć tkwię w nim jak przysłowiowa mucha w kupie.
czytam mądrą książkę. trochę tęsknie za moimi sentymentami.
Spadnijmy w dół,
Objęci w pół,
Otuleni liściem
poprośmy wiatr, o ciszę zimą.
Spadnijmy w dół,
Objęci w pół,
Uwijmy sobie gniazdo wśród chmur,
Kochajmy się..
piątek, 8 października 2010
gra świateł.
wariuję.. oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. a to za sprawa koncertu na chlubie naszego miasta - lechu. uwielbiam grę świateł z plus niesamowitą muzyką. chłodne powietrze głaskało nas po policzkach. próbowało ugryźć, nawet było zabawnie i błogo.
biały płyn z połączeniem cytryny wydobywa ze mnie gorycz minionego tygodnia. choć minął on przejmująco szybko. zaprzyjaźniona z syfem i lekką dezorganizacją wypadam z błędnego koła. za szybko upływa mi czas - ale właściwie tak miało być. super się siedzi w nowym wagonie, ale klima daje po plecach. pod koniec dnia wysiada zawsze gardło, a że koniec tygodnia..
chce mieć więcej czasu. czasu.
biały płyn z połączeniem cytryny wydobywa ze mnie gorycz minionego tygodnia. choć minął on przejmująco szybko. zaprzyjaźniona z syfem i lekką dezorganizacją wypadam z błędnego koła. za szybko upływa mi czas - ale właściwie tak miało być. super się siedzi w nowym wagonie, ale klima daje po plecach. pod koniec dnia wysiada zawsze gardło, a że koniec tygodnia..
chce mieć więcej czasu. czasu.
wtorek, 5 października 2010
prawie że.
czy istnieje uciekająca myśl? istnieje. chciałam coś powiedzieć, ale mi uciekło.
spróbuję jutro
spróbuję jutro
sobota, 2 października 2010
złote środki, pozłacane klatki.
`Wybuduję most
Z rozświetlonych słońcem chmur;
Złączę morza szum
Z ciszą gór.
tak dziwnie nie przespanej nocy nie miałam dawno.. właściwie poprawka - przespanej dobrze, ale tak jakby przeleżanej. w nos wodzi mnie zapach sierpniowych jeszcze kwiatów, a babie lato wije sieć między palcami mojej lewej ręki.
dobry wstęp na początek mam nadzieję dobrego dnia. pierwszy raz od dłuższego czasu nie wstałam z muchami w nosie (i tu lekki uśmiech - w związku z muchami). to za sprawą mam. i kilka dobrych mi duszyczek. a może właśnie dzięki historiom pewnych, znanych mi person jedynie z opowieści. tak - gdy pojawia się problem i wykracza poza sferę mojego życia, a dotyka jedynie okręgu w którym się znajduję - wzrusza mnie oraz napawa chęcią działania. a, że przy okazji wpływa to na moją egzystencje i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu- jest mi jeszcze bardziej błogo. wnioski: zabawa nie polega na znalezieniu złotego środka, ale bardziej źródła problemu. bo pewnych rzeczy nie da się zwalczyć zapobiegawczo.
idąc analogicznie i jeszcze dzień dłużej.. tak przyznaję się, ze zdisowana zostałam niemiłosiernie. złota klatka i uwięzione w nim małe, skaczące serce, to efekt przemyśleń - w prawdzie nie moich, ale wydanych przez loże ekspertów. czy na to znajdzie się złoty środek? przecież na cięższe przypadki 'można znaleźć'. do tego tematu jeszcze wrócę.
co więcej? na jedenastym siedzę w innym wagonie.. boli mnie to oj boli, zwłaszcza, że p.e zmieniła pracę, i wróciła liderka loży szyderców. a mnie tam nie ma. w prawdzie tydzień wystarczył, żeby pokochać mój nowy wagon, ale średnia mojego szczęścia = 1,5 tygodnia, także zostało mi jeszcze 3 dni względnie postrzeganego błogostanu. tak, życie jest brutalne. koniec wywodów - pierwszy raz o poranku. witaj szkoło.
Z rozświetlonych słońcem chmur;
Złączę morza szum
Z ciszą gór.
tak dziwnie nie przespanej nocy nie miałam dawno.. właściwie poprawka - przespanej dobrze, ale tak jakby przeleżanej. w nos wodzi mnie zapach sierpniowych jeszcze kwiatów, a babie lato wije sieć między palcami mojej lewej ręki.
dobry wstęp na początek mam nadzieję dobrego dnia. pierwszy raz od dłuższego czasu nie wstałam z muchami w nosie (i tu lekki uśmiech - w związku z muchami). to za sprawą mam. i kilka dobrych mi duszyczek. a może właśnie dzięki historiom pewnych, znanych mi person jedynie z opowieści. tak - gdy pojawia się problem i wykracza poza sferę mojego życia, a dotyka jedynie okręgu w którym się znajduję - wzrusza mnie oraz napawa chęcią działania. a, że przy okazji wpływa to na moją egzystencje i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu- jest mi jeszcze bardziej błogo. wnioski: zabawa nie polega na znalezieniu złotego środka, ale bardziej źródła problemu. bo pewnych rzeczy nie da się zwalczyć zapobiegawczo.
idąc analogicznie i jeszcze dzień dłużej.. tak przyznaję się, ze zdisowana zostałam niemiłosiernie. złota klatka i uwięzione w nim małe, skaczące serce, to efekt przemyśleń - w prawdzie nie moich, ale wydanych przez loże ekspertów. czy na to znajdzie się złoty środek? przecież na cięższe przypadki 'można znaleźć'. do tego tematu jeszcze wrócę.
co więcej? na jedenastym siedzę w innym wagonie.. boli mnie to oj boli, zwłaszcza, że p.e zmieniła pracę, i wróciła liderka loży szyderców. a mnie tam nie ma. w prawdzie tydzień wystarczył, żeby pokochać mój nowy wagon, ale średnia mojego szczęścia = 1,5 tygodnia, także zostało mi jeszcze 3 dni względnie postrzeganego błogostanu. tak, życie jest brutalne. koniec wywodów - pierwszy raz o poranku. witaj szkoło.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)