niedziela, 8 stycznia 2012
fuck and shit and shit and fuck.
pierwszy tydzień nowego roku mnie nie rozpieszcza. chociaż wczoraj zdarzyła się rzecz, o której nawet nie śniłam- ostatnimi czasy. czuje się w tym momencie jakbym na głowie miała postawiony karton z cegłami albo telewizor... może faktycznie zarwać kilka dobrych nocy i powalczyć o marzenia. jakie to nieracjonalne! przecież jeden z punktów postanowień noworocznych istotnie brzmi: wysypiać się. dobrze. to może kiedy indziej.
nie rozumiem mężczyzn. albo lepiej - nie rozumiem siebie.to wszystko jest taki zwariowane i nierealne, nieodpowiednie, niemożliwe, nieadekwatne, nie, nie, nie.. ale za późno, to się stało i czasu się nie cofnie.
żeby było jasne - nadal podtrzymuję, że nie mam względnych oczekiwań na ten rok. za wyjątkiem jednym: niech tylko nie trzęsie się ziemia (jak koło Kalisza.. albo mocniej).
co więcej? stygnie herbata, a ból głowy niczego nie ułatwia.
pogoda sprzyja.
nie wiem w co się ubrać..
osiem,
siedem,
sześć,
pięć,
cztery,
trzy,
dwa,
jeden,
zero.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz