powiem krótko - fakty minionego tygodnia postawiły mnie na tyle do pionu, że zaryzykowałam i podjęłam kilka ważnych decyzji.. czuję jakby On sam uzdolnił mnie do tego, ze swojej wielkiej miłości do mnie, bo byłam poniżej dna.
postanowiłam nie czekać na S. i jego rozmowę.. będę już gotowa.
nie mam zielonego pojęcia, co przyniesie jutro.. czy mam dość odwagi by.. ale zupełnie się tym nie martwię, bo jeśli będzie potrzeba to On mnie do wszystkiego uzdolni. bo człowiek wierzący, to człowiek autentyczny.. i powraca moje motto życiowe: ` dopóki walczę, jestem zwycięzcą.. i nie poddam się, aż jagnięta nie staną się lwami!!!
sobota, 22 stycznia 2011
piątek, 21 stycznia 2011
sieka z pięciu łyżeczek.
kubek kawy..jeden, drugi, czwarty. w bagażu nieprzespana noc, dawno oczekiwana rozmowa, pokrętny sen i poranna nadzieja, że to wszystko ma sens. leżąc w ciemnym pokoju dochodzę do wniosku, że w pewnych momentach mojej historii cieszę się, że jestem tu i teraz, w miejscu, za którym nie przepadam i to bardzo. w takich chwilach zmieniam zdanie i kołyszę się oddając się w urok tego stanu. po półrocznym z hakiem pobycie, czuję się jak w drugim domu. dziś nawet jedenaste, nie było dla mnie syfem, choć zawalili mnie robotą, jak nigdy przedtem. zastając po godzinach, heroicznie ratując firmę, dostrzegłam, że syf jest syfem, ale własnym, poznanym.. wstyd się przyznać- chyba lubię tam przychodzić..
z tą kawą dziś mocno przesadziłam.. ale po trzeciej chciało mi się tak spać, a musiałam wskrzesić ostatek mocy i skupić się z całych sił - a materiał pracy miałam najgorszy z możliwych. czeka mnie kilka dób aż przyjdą wyniki - notabene nie lubię poniedziałków- ztego oto względu.
perspektywa weekendu nie cieszy mnie wcale. co tydzień mam zjazdy, a jutro jeszcze koło, na które umiem tyle co nic. już się przestawiłam na tryb '25h' na dobę. może kawy podziałają i posiedzę dziś nad notatkami.. paradoksem jest to, że jak nie strzelę sobie płynu z dużą dozą kofeiny to pewne rozmowy działają gorzej niż sieka z pięciu łyżeczek - może dialog z wczoraj ciąg dalszy? pewnie coś tam będzie..
nie wierzę w to co się dzieję.. jak można człowieka reanimować i uratować w przeciągu czterech minut, tak nie można tego zrobić w ciągu czterech lat.. tylko tyle wiem, na jutrzejsze koło.
zawsze dodaje jakiś cytat z piosenki, pisząc to jednak nie przyszło mi nic adekwatnego do treści zawartej w poście.. aż mnie natchnęło - z dedykacją dla mojej mamy:
kawy łyk
wina smak
czegoś żal
i kogoś brak..
dołączam link - z uśmiechem, bo piosenka tak wpisuję się w to wszystko!
http://www.youtube.com/watch?v=QA4woj6iMQI&feature=related
z tą kawą dziś mocno przesadziłam.. ale po trzeciej chciało mi się tak spać, a musiałam wskrzesić ostatek mocy i skupić się z całych sił - a materiał pracy miałam najgorszy z możliwych. czeka mnie kilka dób aż przyjdą wyniki - notabene nie lubię poniedziałków- ztego oto względu.
perspektywa weekendu nie cieszy mnie wcale. co tydzień mam zjazdy, a jutro jeszcze koło, na które umiem tyle co nic. już się przestawiłam na tryb '25h' na dobę. może kawy podziałają i posiedzę dziś nad notatkami.. paradoksem jest to, że jak nie strzelę sobie płynu z dużą dozą kofeiny to pewne rozmowy działają gorzej niż sieka z pięciu łyżeczek - może dialog z wczoraj ciąg dalszy? pewnie coś tam będzie..
nie wierzę w to co się dzieję.. jak można człowieka reanimować i uratować w przeciągu czterech minut, tak nie można tego zrobić w ciągu czterech lat.. tylko tyle wiem, na jutrzejsze koło.
zawsze dodaje jakiś cytat z piosenki, pisząc to jednak nie przyszło mi nic adekwatnego do treści zawartej w poście.. aż mnie natchnęło - z dedykacją dla mojej mamy:
kawy łyk
wina smak
czegoś żal
i kogoś brak..
dołączam link - z uśmiechem, bo piosenka tak wpisuję się w to wszystko!
http://www.youtube.com/watch?v=QA4woj6iMQI&feature=related
niedziela, 9 stycznia 2011
bo chodzi o to, żeby nie wpaść w błoto..
... i jakoś normalnie żyć. nie egzystować, tylko żyć.
powroty są straszne, tym razem nie było inaczej. sesja zaczęła się zdrowo z początkiem roku, i cały tydzień z głowy. w ferworze zajęć i zajętości, nauki i nadmiernej pracy niewątpliwie zrodziła się myśl: albo utopić się w szklance mineralki, ewentualnie w roztapiającym się śniegu, rzucić się pod nadjeżdżający tramwaj, albo zwyczajnie dobić się własną pięścią.. było tragicznie, ale mama disuję, a zwłaszcza dziś, kiedy przypadkiem dowiedziała się jak ostatnio wygląda moje studenckie życie... apropos studenckie - zjazd był rewelacyjny.
G.! ścięła swoje piękne włosy.. i robi gruntowne porządki w pułkach.. szafy swojej duszy. chyba zazdroszcze.. może coś jutro ugotuję?
powroty są straszne, tym razem nie było inaczej. sesja zaczęła się zdrowo z początkiem roku, i cały tydzień z głowy. w ferworze zajęć i zajętości, nauki i nadmiernej pracy niewątpliwie zrodziła się myśl: albo utopić się w szklance mineralki, ewentualnie w roztapiającym się śniegu, rzucić się pod nadjeżdżający tramwaj, albo zwyczajnie dobić się własną pięścią.. było tragicznie, ale mama disuję, a zwłaszcza dziś, kiedy przypadkiem dowiedziała się jak ostatnio wygląda moje studenckie życie... apropos studenckie - zjazd był rewelacyjny.
G.! ścięła swoje piękne włosy.. i robi gruntowne porządki w pułkach.. szafy swojej duszy. chyba zazdroszcze.. może coś jutro ugotuję?
niedziela, 2 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)