niedziela, 23 września 2012

od A do Zet, jak dwa razy dwa.




Od A do Zet, od Zet do A 
Ja to ja to jasne jak dwa razy dwa 
Lata lecą a ja to wciąż ja.


Powyższy teledysk faktycznie ma lekkie podłoże związane z  ostatnim wydarzeniem jakim jest wejście do kin filmu: ,,Jesteś Bogiem". Z tego miejsca zaznaczam, że nie jestem wielką fanką obudzoną z letargu, bo po obejrzeniu tego filmu, wiele takich głosów się pojawi. Paktofoniki raczej nie słuchałam, nie słucham ogólnie hip-hopu, ale należę do pokolenia, które pamięta całą fascynację chłopakami i tego, co robili w odradzającym się kraju (choć przyznam się, że pamiętam to jakby przez mgłę.) Film jednak przypomniał mi ten mój ulubiony kawałek, który raczej ma więcej dryfu i klimatu reggae. A tekst idealnie wpisuje się w to, co ostatnio przeżywam.

Tak, jestem już w Posen. Zadowolona, pełna energii. Cenie sobie ostatni czas, właśnie gdzie mogłam się przekonać, że Lata lecą, a ja to wciąż ja, od A do Zet, jak dwa razy dwa. 
O tym realizowaniem pasji, o której wspomniałam w ostatnim wpisie oczywiście nie zapomniałam. Śpieszę się jednak powoli: na razie zaktualizowałam prawą kolumnę (gdzie i po co zaglądam i że serdecznie polecam). Zrobiłam nowe tło na dobijam się, gdzie będzie powiew nowej bryzy - jeszcze nad tym pracuję.

Czas na praktykach dał mi dużo bogactwa. Każdy uśmiech, gest, czy nawet oplucie miały sens. A chyba największą perłą jaką znalazłam wśród potu, zmęczenia, frustracji nad tworzeniem dokumentacji, zabieganiu, czy każdej godziny w szkole jest to, że powołanie zrównuje się z przypadkiem, albo odwrotnie: mój wmawiany przypadek = powołanie. Tego bym sobie życzyła na zbliżający się rok akademicki.

Ja to ja to ja to tej.

sobota, 1 września 2012

Everything Is Everything



Zakochałam się w powyższej piosence... Jest mi tak lekko, błogo...

Dużo zmian! Od 11h jestem bezrobotna, na własne życzenie. Uważam jednak, że jest to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Nie chce już wracać do tego, co było (a ostatnie tygodnie do łatwych nie zaliczam.) Więc tym jakże optymistycznym akcentem chce zakończyć pewien etap w życiu raz, a dobrze, nie oglądając się wstecz, ale robiąc swoje.

Za jakieś 72h będę już w swoich Górach Świętokrzyskich, ale nie po to, aby odpoczywać (choć cieszę, się na spotkanie z bliskimi), ale żeby zrealizować kolejny cel i z zapałem oraz entuzjazmem wkroczyć w nowy rok akademicki, nowe wyzwania. . .  nowy Posen. Już chyba wspomniałam rok temu jak bardzo lubię zbliżającą się jesień, która daje mi nowe nadzieje, postanowienia (czego nie mogę zauważyć 1 stycznia). B. lubię ten okres. Z perspektywy czasu widzę również, jak bardzo się zmieniam - nadal pozostaję wrażliwa, tylko z inną częstotliwością. Zauważam jak z każdym dniem dojrzewam - oczywiście tylko w wybranych aspektach mojego życia. Np. jeszcze niedawno 1 września był dla mnie czasem kojarzącym się z siedzeniem w ławce, a teraz znów idę do szkoły tylko, że już będę po tej drugiej stronie wspomnianej ławki. Czy sobie poradzę? Odpowiedzi nie znam, ale na pewno zweryfikuję wiedzę nabytą przez czas studiów. Na razie to doświadczenie traktuję jako kolejny szczyt do zdobycia, a że od 2,5 lat z braku czasu i nawet nie mam kiedy pojechać w Karpaty, zostaje mi zadowolić się takim stanem rzeczy.

Po odbytych praktykach, zaczną się prawdziwe wyzwania. Wracam już do kochanego Posen i zamierzam - oprócz tego, że znaleźć nowe źródło utrzymania - zacząć realizować swoje pasje. Tak tak. Proszę puścić fanfary, ponieważ dziś 1. września, z całą pewnością poczułam, zbliżający się czas - ten odpowiedni... Zastrzegam sobie jednak (co myślę dałam dowód dzisiejszym wstępem) prawo do dalszego dojrzewania. Krótko mówiąc pragnę rozwiać wszelkie wątpliwości, co do tego, że znów porwę się z motyką na słońce. Nic bardziej mylnego. Teraz liczy się dla mnie, aby wszelką siłę, entuzjazm i radość włożyć w naukę (szczególnie, że chce rok licencjacki zakończyć śpiewająco). Dodatkowo postarać się uporządkować w końcu to swoje życie... i małymi kroczkami realizować pasje - ale już nie za wszelką cenę.

Wstaje dziś rano, godzina 10:01.. trochę rozczarowana, ale mogłam nie świętować tak wczoraj swojego odejścia siedzeniem i oglądaniem jakiegoś tandetnego serialu (swoją drogą co praca musiała zrobić z człowiekiem, kiedy w momencie wyzwolenia sięga po tak prostackie zagranie i włącza głupoty - być może poczułam się wolna) i zajadaniem się zupą kremowa z brokuł... hmmm pychota!

Ale jeszcze wszystko przed nami. Zaplanowany jogging nie wypali dzisiaj, ale spacer z Rudą jak najbardziej! Będę mieć okazję na wybranie trasy.

Tak mówiłam - dużo zmian....